Chcemy aby PGZ był nowoczesną grupą, która jest w stanie po konkurencyjnych cenach produkować produkty z najwyższej półki – zapowiadał niedawno w jednym z wywiadów Witold Słowik, prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Zadeklarował, że lekarstwem na słabą sytuację finansową PGZ jest obniżenie kosztów jej funkcjonowania. Czy mu się to uda? O tym, że podległe mu spółki mogą mieć inne plany niż oszczędzanie i reforma, i że czują się jak niepodzielne finansowo księstwa, świadczy obecna działalność Bumaru Łabędy.

Zgodnie z deklaracjami premiera Mateusza Morawieckiego i ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka, Polska Grupa Zbrojeniowa, którą tworzy ponad sześćdziesiąt państwowych spółek, ma być jednym z kół napędowych naszej gospodarki. Właśnie z tego powodu do PGZ kierowana ma być znamienita większość zamówień na nowy sprzęt i uzbrojenie kupowane dla armii. Jeśli zaś dostawcą musi być jednak koncern zagraniczny, to PGZ powinien być jego poddostawcą albo offsetobiorcą. A jest się o co bić, bo budżet Ministerstwa Obrony Narodowej w tym roku to prawie 40 mld złotych, z czego na zakupy broni idzie mniej więcej jedna trzecia. W kolejnych latach pieniędzy ma być jeszcze więcej. W 2030 roku na obronność ma być przeznaczane aż 2,5 % PKB

Mając to na uwadze można byłoby więc przypuszczać, że PGZ jest niczym kraina mlekiem i miodem płynąca. Nic bardziej mylnego. Polska Grupa Zbrojeniowa jest w bardzo słabej, żeby nie powiedzieć, tragicznej sytuacji finansowej. Mając w 2018 roku aż 5,5 mld złotych obrotów, wygenerowała zaledwie 37 mln złotych zysku. To i tak sukces w porównaniu z 2017 i 2016 roku, które PGZ kończyło z około 100 milionowymi stratami. Na szczęście Witold Słowik, obecny prezes PGZ, nie usiłuje koloryzować rzeczywistości.

To, że udało nam się osiągnąć pozytywny wynik finansowy za rok 2018 jest sukcesem, biorąc pod uwagę że zarówno w 2016 jak i 2017 Grupa Kapitałowa PGZ odnotowała stratę przewyższającą 100 mln złotych, przy czym 37,5 mln złotych przy przychodzie skonsolidowanym 5,5 mld jest oczywiście wynikiem daleko niesatysfakcjonującym – komentował wywiadzie dla portalu Defense24.pl

Szef PGZ ma jednak pomysł jak uzdrowić finanse Grupy – Aby było lepiej, muszą być zrealizowane procesy centralizacyjne Grupy celem obniżenia kosztów jej funkcjonowania, jak np. poprzez centralizację zakupów i osiągnięcie elementu skali. Liczymy, że uda nam się osiągnąć tutaj 10 procentowe oszczędności. Tak aby PGZ był nowoczesną grupą, która jest w stanie po konkurencyjnych cenach produkować produkty z najwyższej półki – deklarował w tejże rozmowie.

I trudno takim planom nie przyklasnąć gdyż efekt skali, chociażby przy wspólnych zakupach energii elektrycznej, może iść w dziesiątkach milionów złotych. Podobnie gdy weźmie się pod uwagę zracjonalizowanie zakupów podzespołów niezbędnych do produkcji uzbrojenia i sprzętu wojskowego na potrzeby wojska. Bo przecież PGZ nie produkuje swoich wyrobów w oparciu o 100 procent swoje spółki, a korzysta z setek poddostawców. W tym miejscu pojawia się niestety słaby punkt planu prezesa Słowika. Podległe spółki niestety bardzo często zamiast myśleć w kategoriach biznesowych, żyją niczym udzielne księstwa, co gorsza rządzone są przez mniej lub bardziej nieprzejrzyste relacje. Negatywnym przykładem tego są niestety Zakłady Mechaniczne Bumar Łabędy.

Spółka ta, specjalizująca się kiedyś w produkcji czołgów T-72, a później PT-91, a dziś głównie ich serwisem i remontami, jest obecnie mówiąc ostrożnie, w słabej kondycji finansowej. I to mimo lukratywnego kontraktu jakie ma PGZ w dziedzinie czołgów – czyli wartej 2,4 mld złotych umowy na modernizację 142 czołgów Leopard 2A4 do wersji nazwanej „2PL”. Która owszem, za kilka może przyniesie spółce zyski, ale teraz jest głównie rzeką pieniędzy kierowaną do niemieckiego Rheinmetala a nie PGZ i Łabęd. Na szczęście dla Bumaru, rząd i MON traktuje gliwicką spółkę priorytetowo i wyciągnął do niej pomocną dłoń w postaci wartej 1 mld 750 mln złotych umowy na modyfikację ponad trzystu czołgów T-72.

Niestety wiele wskazuje, że Bumar Łabędy nie ma zamiaru wykorzystać tego kontraktu do uporządkowania swoich finansów. Widać to po sposobie w jaki realizowane jest zlecenie z MON. Gliwicka spółka nie zamierza bowiem szukać poddostawców w sposób klarowny i transparenty, w ramach przetargów, tylko organizuje nie przejrzyste zapytania ofertowe, w których to koledzy i znajomi decydują o wyborze swoich kolegów i znajomych. Tak było chociażby w przypadku systemu łączności do czołgów. Zamiast ogłosić w tej sprawie przetarg i dostać dzięki temu najlepszą z możliwych propozycję, zaproszono producentów takiego sprzętu do złożenia ofert. Dlaczego jednak nie zadbano o to, aby ich propozycje były konkurencyjne względem siebie? Jedna z firm bowiem, po złożeniu pierwszej swoje propozycji, droższej niż konkurencja, mogła później skorygować swoją? Jednak nie pozwolono zrobić tego innym oferentom. W konsekwencji propozycja „jedynie słuszna” okazała się „najlepsza” i wybrana przez Łabędy. Proces wyboru i porównania technicznego nie nastąpił gdyż Łabędy ukierunkowane były na rozwiązania jednej firmy. Można przyjąć założenie, iż działania w stosunku do innych firm, były pozorne i od początku nastawione tylko na ewentualne udokumentowanie kontaktów roboczych. To pokazuje, że jeśli tak wybiera się w tej spółce poddostawców, w stosunku do wszystkich elementów składowych czołgu, to gdyby zrobiono to w sposób uczciwy i transparenty, cena czołgu dla wojska byłaby zapewne co najmniej o 30 procent niższa. Ale kto dba w państwowej spółce o pieniądze z budżetu. Innym smaczkiem tej sprawy jest fakt, że wybrano gorsze techniczne rozwiązanie. – Zamiast nowoczesnego systemu łączności wewnętrznej opartego o technologie z których korzysta dziś świat, czyli technologię IP, wybrano przestarzały system bazujący na rozwiązaniach nie oferujących np. uwierzytelniania dostępu. Czyli mówiąc wprost, system otwarty na włamania i ingerencje z zewnątrz – alarmuje ekspert branżowy.

Zobacz również

PO TESTACH W USA – REKOMENDACJA DLA JFSS JAŚMIN

System Wymiany Danych dla Połączonego Wsparcia Ogniowego tzw.